Bo czasem są takie dni…

Dodano 14 kwietnia 2014, w Bez kategorii, przez Panna Kontrolna

Bardzo długo zastanawiałam się czy napisać coś tutaj. Dzisiejszy post miał być podsumowaniem tego co udało mi się osiągnąć ostatnimi czasy. Miały pojawić się nowe wymiary ciała. Jednak tak się nie stanie. Mam ochotę zawiesić bloga, bo mam wrażenie, że zawiodłam sama siebie, zawiodłam Was.

Na samym początku blog miał być poświęcony mojej pasji. Kosmetyką, zabiegom kosmetycznym, miałam zamiar przybliżyć Wam troszkę więcej tego, o czym często nie miałyście pojęcia. Szkoda tylko, że z czasem stawało się to coraz rzadsze. Nadeszły treningi. Chęć udowodnienia sobie, że da się zapanować nad ciałem i umysłem. Że da się wyćwiczyć ciało i powalczyć o lepsze samopoczucie każdego dnia. Szkoda tylko, że nie osiągnęłam tego czego zamierzałam.

Mam ambicje. I to wielkie. Nie wiem jednak jak je spożytkować. Nie mam żadnego planu. Mam wrażenie, że ostatnio dni uciekają mi tak szybko jak piasek szybko przesypuje się przez palce. Na każdy koniec dnia, robię podsumowanie. Zawsze bilans wychodzi ujemny. 

Wpis troszkę dobijający. Nie wiem jak ruszyć. Wszyscy mi mówią, że na wszystko przyjdzie czas, że jeszcze w życiu się napracuje. Tylko, że ja w tym momencie wiem, że nie chce czekać. Chce robi to co sprawia mi przyjemność. Nie chce całymi dniami siedzieć bezczynnie. Mam w sobie tyle chęci do pracy, że nikt by nie pomyślał, że tyle można jej mieć. Chcę się rozwijać. Ale zbyt pomału to wszystko idzie. A ja wiem, że nie mam czasu. Jeśli teraz nie zadbam o swoją przyszłość, później będzie tylko trudniej.

Jeszcze nie wiem, czy będę dalej prowadzić bloga, czy zawieszę go na jakiś czas. Muszę w sobie znaleźć jakąś wewnętrzną energię i odnaleźć coś na czym będę mogła tą energię wyładować.

Życzę Wam wszystkim, żeby każdy z Was znalazł w życiu właśnie taki sens swojego życia. Coś co sprawi, że nie będziecie czuli się źle ze sobą, coś co sprawi, że każdy ranek będzie przyjemnością, a nie udręką.

Żegnam się z Wami. Nie wiem czy na długo czy też nie. Jednak żegnam

Panna Kontrolna

 

No to podsumujmy…

Dodano 7 kwietnia 2014, w Bez kategorii, przez Panna Kontrolna

Wiosna za oknem sprawia, że aż chce się żyć. Chce się realizować swoje plany i marzenia. W ten jakże słoneczny poniedziałek przyszedł czas na podsumowanie ostatniego tygodnia. Nie należał on do najlepszych. Mój powrót do ćwiczeń nie był łatwy, pomimo, że miała tylko tydzień przerwy. Nie będzie dzisiaj jednak wykresu co jadła, ani jak ćwiczyłam. Nie przygotowałam się za bardzo do tego postu. Dlatego wszystko, a na pewno większa część będzie pisemna.

31 marzec.

Koniec miesiąca. Nie zaczął się dobrze. Pobudka o 6 spowodowała, że moje nastawienie do całego dnia uległo negatywnym emocją. Jednak nie zapomniałam o śniadaniu, o kawie. Starałam się jeść więcej białka. Myślę, że mi się to udało. Jednak dzień ten zaczęłam od sałatki z kurczakiem, serem i sałatą lodową. Uwielbiam. Drugie śniadanie to jogurt naturalny, a do tego jabłko i oczywiście ostatnio moja przyjaciółka, czyli woda. Staram się pić ją częściej, tak jak sobie założyłam. Obiad to zupa, w tym przypadku był to krupnik. Podwieczorek odbył się przy herbatnikach,a dzień zakończyłam frytkami z piekarnika. Wiem, wiem. Coś niezdrowego i to na noc. Ale oleju nie było. O! A co do ćwiczeń? Nogi, triceps i brzuch zaliczony.

1 kwiecień.

Prima Aprilis. Tak naprawdę zapomniałam o takim dniu kompletnie. Nie miałam czasu się zastanawiać czy zrobić komuś jakiś kawał czy coś innego. Skupiłam się na sobie. Śniadanie w tym dniu miałam nadzwyczaj skromne. Kanapki z jajkiem, sałatą, pomidorem i do tego wszystkiego kawa sprawiły, że od razu dzień był jakiś lepszy i wyraźniejszy.  Jabłko jako drugie śniadanie jest dobre na wszystko. No prawie. :)  Trzecie śniadanie w tym wypadku poprzedziło obiad. Uroki studiowania.  Sałatka i kanapka. I dobrze mi z tym było.  A na kolację obiad. Ziemniaki, sznycel ( który zjadł kot ) i sałatka z kapusty pekińskiej, jabłka i marchewki z dodatkiem czosnku.  Bez ćwiczeń dzień nie był by taki udany. Dlatego nogi i brzuch oraz triceps zaliczyłam bez problemu :)

2 kwiecień.

Poranek ciężki. Rozpoczął się jak każda inna środa. Pobudka o 4.30 nie należy do najprzyjemniejszego aspektu dnia. Ale cóż. Jak trzeba to trzeba. Śniadanie dopiero zjadłam w szkole. Bo kto normalny o tak wczesnej porze jest w stanie zjeść śniadanie? No na pewno nie ja. Lecz śniadanko miałam pyszniutkie. Dwie bułeczki pełnoziarniste z twarożkiem z chudego sera wymieszanego z jogurtem naturalnym i pomidorkiem oraz ogórkiem kiszonym jak i normalnym zielonym. Pycha! Na drugie śniadanie kawusia, obowiązkowo. Obiad udało mi się zjeść w domu. Pomidorowa to coś co ostatnio kocham. Na deser i również na kolacje zarazem zjadłam jabłko i kawę z cynamonem, bo jak czytałam u jednej z blogerek różne przyprawy działają na metabolizm itp. Więc pijemy kawusię z cynamonem :) Ćwiczenia oczywiście też były : nogi, triceps, brzuch i to podwójnie zaliczony!

3 kwiecień.

Uhhh. Najgorszy dzień. Nie miałam ochoty na nic. Ani na życie, ani na ćwiczenie. Nawet jedzenie nie sprawiało przyjemności. Dlatego w tym dniu nie dość, że śniadanie zjadłam dopiero o 12 to jeszcze nie było zdrowe. Pizza ( 2 kawałki ) na pewno do zdrowego posiłku nie należą, a już na pewno nie na śniadanie. Na podwieczorek kawa z cynamonem. I w sumie tyle by było z mojego jedzenia. Do tego wszystkiego stresowałam się zaliczeniem, które miało się odbyć w piątek. Jednak jakieś tam ćwiczenia zaliczyłam. Chwilę brzuch, trochę triceps. I tak upłynął kolejny dzień.

4 kwiecień-5 kwiecień- 6 kwiecień

Zaczynając od piątku. Masakra. Zawiało mnie. Szyją ruszać nie mogę i częściowo prawą ręką. Zaliczenie mi nie poszło. Nie wiem co zjadłam. Nie no wiem, jakieś leki przeciwbólowe. Jak nie urok to sraczka jak to się mówi. Ćwiczenia odpuściłam zupełnie. Jedynym miejscem gdzie czułam się dobrze i nic mnie nie bolało było łóżko. Ale co z tego jak w sobotę na 10 czekał mnie kurs. Całe 6 godzin siedzenia lub stania. Wizaż wcale nie jest taki prosty jak się może wydawać. Cały dzień uciekła nie wiem nawet kiedy, a szyja i ramię dalej bolało. W niedziel było trochę lepiej. Pomału zaczynam normalnie funkcjonować. Kolejny dzień kursu. Kolejny dzień bez ćwiczeń. Zawiodłam siebie samą. Dlaczego jak chce coś zrobi to zawsze są jakieś przeciwności?  Mało istotne.

Tak więc kochani prezentuje się mój tydzień. Prawie taki sam jak poprzedni. Nie jestem z siebie zadowolona. Kolejny tydzień to czas dużego wysiłku, bo pod koniec mierzenie i ważenie, czyli zobaczymy czy już widać jakieś efekty.

Nie poddam się jednak tak łatwo. Pomimo, że dalej nie jestem w pełni sprawna to spróbuję coś poćwiczyć. Chociaż odrobinkę. Żeby na nowo poczuć ten wysiłek na własnej skórze.

 

 

Panna Kontrolna.

P.S. Dziękuje, Dziękuję i jeszcze raz dziękuję za to Wasze wspieranie mnie w moim dążeniu do upragnionego celu. Jesteście wielkie i kochane, bo przecież wcale mnie nie znacie, a jednak staracie się mi pomóc, żebym osiągnęła to co sobie wyznaczyłam! Doceniam to i dziękuję z całego serca!

 

me>
  • Twitter
  • Facebook